Piszemy o Sobie -7- Mieczysław Szwed

296263_126215880809907_7832645_n
W dniu dzisiejszym mamy przyjemność zaprezentować sylwetkę, bez wątpienia, jednego z najbardziej doświadczonych żeglarzy w naszej klasie. Jednocześnie jest on prawdopodobnie najbarwniejszą postacią w naszym Stowarzyszeniu. Anegdoty o nim krążą na każdych regatach. Przed Wami sylwetka szczecińskiego emeryta (jak mówi sam o sobie) Mieczysław Szwed. Zapraszamy!

-Dwa słowa o sobie?

Jestem emerytem, z wykształcenia inżynierem elektrykiem, z zamiłowania projektuję jachty, a z pasji żegluję.

-Jak wyglądały Twoje pierwsze kroki w żeglarstwie?

Drewniany barak 5×8 m i kilkanaście różnych łódek w środku – Ludowe Zespoły Sportowe- tu trafiłem, to mój klub. Skrobiąc, szlifując i malując ten różnorodny, pływający dobytek czujnie podpatrywałem jak szczęśliwcy na „tym” żeglują. Regatowo zacząłem pod koniec sezonu 1964 r. w załodze Cadeta z bawełnianymi żaglami. Zajęliśmy ostatnie miejsce … i nie chciałem być „czerwoną latarnią” – dostałem starego Latającego Holendra. Zachęta od bosmana: masz, zrób sobie i pływaj. Zrobiłem i pływałem od razu na sterze z kimkolwiek, gdziekolwiek i w każdych warunkach. Pierwsze wygrane regaty na FD nazywały się „nadziei olimpijskich”, jako 17-latek zostałem Mistrzem Okręgu Juniorów. Równolegle do pływania na FD byłem załogantem u znakomitego sternika na „Hornecie” (małą wagę –59 kgnadrabiałem 15 kilogramami mokrych ciuchów) – od niego nauczyłem się „czucia łódki”. W tym klubie pływałem jeszcze (najczęściej poza konkursem – brak kasy w klubie) na olimpijskich klasach Star,  Finn, a także na „omedze”, „okeju”, „folkbocie” i innych będących pod ręką „okrętach”. Nigdy nie byłem Mistrzem Okręgu, nie liczyłem się na MP (około 20 na 30). Wtedy na MP startowało 33-36 Holendrów, 20 miało metalowe maszty, szczeciniacy jako ta 1/3 gorsza mieli drewniane. Ja miałem drewniany własnoręcznie „wystrugany” z salingami z aluminiowych rurek z łóżka polowego, wszystko na sznurkach, a knagi z odgiętych mosiężnych blaszek. Potęgami (i przy „żłobie”) były wtedy Warszawa, Poznań i Olsztyn.

Na czym pływałeś przed 505?

Dostrzeżono mnie – były obozy kadry okręgu, zmiana klubu, upadek FD jako klasy olimpijskiej, przesiadka na Dragona, wicemistrzostwo Polski, obóz kadry narodowej w Cetniewie, nadano mi (wpis w książeczce żeglarskiej) klasę mistrzowską i kolejne kółka olimpijskie. Później upadek Dragona, Stara … i przerwa na „normalność” (małżeństwo, dzieci, szkoły, zarabianie pieniędzy).

Była silna ekipa „470”- tek w Pogoni – dostałem propozycję powrotu do regatowego „czubka”. Podobało mi się – pierwszy raz pod okiem trenera, systematycznie i do bólu, ale w tym okresie było to zbyt duże wyzwanie dla młodego taty.

Przerwa i znowu powrót do żeglarstwa tym razem w wykonaniu morskim na jachcie klasy „minitoner”. Wspaniały okres, wspaniała moja załoga – byliśmy najlepsi (zwrot – 3 sekundy bez utraty prędkości, ref – 7 sekund). Transformacja polityczna „zabrała” mi klub, łódkę – wszystko padło. Od kolegi (na 3 lata) dostałem pod opiekę „Amigo” (t. Skorpius – regatowy) – kolejne lata najlepszego żeglowania tym razem z własnymi (troje) dziećmi + jeden „obcy” jako załogą.

Była próba rejsu dookoła świata na jachcie „Mantra-3”z Andrzejem Armińskim. Przepłynąłem dwa istotne etapy tego rejsu: początek Szczecin – Lizbona i koniec Dżibuti – Cypr. Tu rada dla tych którzy „też by chcieli” – nie da rady tego zrobić jeżeli jesteś normalnym mężem i ojcem, masz niejasną wizję „po co” i „co potem” i nie masz wielkiej kasy. To był dla mnie drugi egzamin dojrzałości – zdałem, ale do takiego rejsu jeszcze wrócę…

Byłem w KOR (klub oszalałych rodziców) z Jackiem jako optymiściarzem – od tych dzieciaków z „czubka” można się wiele nauczyć, a doświadczenia jako obserwator bardzo łatwo można przekuć w dobre pływanie (jeżeli się wie o co chodzi). Jako rorowiec – oldboy popływałem na Optymiście , Laserze i Europie.

Ze Zbyszkiem Jałtoszukiem zrealizowaliśmy mój projekt „Hals-Team” – 8 metrowy, balastowy jacht który się „ślizgał”. Sam płynąłem na nim ponad 20 kn przy wietrze 7B na foku i jednym refie grota. Piękne żeglowanie, ale bez większych sukcesów (fatalny „reting” w formułach pomiarowych).

Pływałem na „mantrach” Andrzeja Armińskiego, ale nie podobały mi się te retingi. Mieliśmy własne – z drugą mantrą „graliśmy bez retingów” o każdy wyścig 1 na 1. Wygrałem 21:7.

Po kilku latach niewidzenia się zadzwonił mój kolega z „minitonera” – mam okazję kupić regatowego „półtonera”, pojechałbyś ze mną go przyprowadzić?. Na drugi dzień byliśmy w Geteborgu, a 3 dni później w Szczecinie z trudną, regatową jednostką. Ostre treningi, trzykrotnie pod rząd Puchar Polski, Wicemistrzostwo Polski – to krótkie podsumowanie startów w formułach pomiarowych na „Antidotum”.

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z 505?

Z „5-tką” ożenił mnie Wojtek – chciałem spróbować, czy jeszcze bym potrafił utrzymać się na „moczydupku”. Utrzymałem się – tylko d… mi do tej 505-tki przymarzła i jakoś nie mogę się oderwać. Środowisko i atmosfera w „polskiej klasie” fajne, więc jestem…

Twoje podsumowanie sezonu 2013?

Sezon fajny – żeglowałem bardzo nierówno, za dużo testowania ustawień, a i tak nie wiem o co tu chodzi – łódka najlepiej żegluje z ustawieniem 7.86-7.88 mi podniesionym o 5 stopni mieczem bez względu na siłę wiatru. Sądzę, że maszt jest tak miękki, że „zduszamy” takie ustawienie w każdych warunkach.

Plany i cel na sezon 2014?

Plany – nie planuję, moje poczynania są bardziej żywiołowe i intuicyjne niż spokojne, wyważone i racjonalne. Na „505” co chwilę odkrywam jak mało jeszcze umiem, z łódki też nie wyduszono jeszcze wszystkiego i to widać po przygotowaniach do MŚ-2014.